1 luty 2301r.
Dziennik przeżycia - wpis 258.2.
Nowe stulecie trwa, a ja wciąż tu jestem. Nie wiem, czy jestem sam, czy na Ziemi są też inni ludzie. Czasami słyszę, jak coś nade mną się rusza, ale to pewnie jakieś zwierzę albo burza piaskowa postanowiła zrzucić coś ze schodów. Tak, zgadza się siedzę pod schodami. Pewnie nie raz już to tutaj pisałem, ale wolę napisać jeszcze raz. Dlaczego klitka pod schodami? Już wam mówię, ale muszę cofnąć się pamięcią w czasie o więcej niż 8 miesięcy i 13 dni. Niech to będzie czas, gdy miałem piąte urodziny, czyli dokładnie 11 lat temu.
Nie będę wam opisywał, jak wyglądała cała impreza, choć łatwo to sobie wyobrazić. Ogródek pełen balonów i członków rodziny, mała górka prezentów, a na środku na stole stoi najsmaczniejszy tort, jaki w życiu jadłem, zrobiony przez moją mamę. Idealny zarys szczęścia, jaki mógł sobie wymarzyć pięciolatek. Niestety, mimo że wszyscy się uśmiechali i śmiali, to w ich oczach był strach. Szczerze, uświadomiłem to sobie ostatnio. Następna sytuacja, patrząc na nią z perspektywy czasu, była jak z filmu. Niebo pociemniało i zaczął wiać zimny wiatr. Pod dom zajechali nowi goście, jak się potem okazało nie dostali zaproszenia. Akurat bawiłem się z berka z kuzynami, kiedy mama mnie złapała i zaprowadziła do ukrytej klitki pod schodami. Objęła mnie, poczułem jej łzy na moim małym ramieniu i powiedziała, że muszę zapamiętać dwie ważne rzeczy: 1. Że mnie kocha, 2. Że to jest to dla mnie najbezpieczniejsze miejsce, jakie mógłbym mieć. Potem mnie poinstruowała, że mam nie wychodzić stąd, dopóki po mnie nie przyjdzie, ale jeśli by się stało tak, że zostałbym tu sam, to mam wyjść dopiero jutro, gdy się obudzę.
Już wiecie, dlaczego siedzę pod schodami, bywałem tu nie tylko w wypadkach zagrożenia, ale także kiedy potrzebowałem spokoju, to jest mój azyl. Tak też zaczęło się moje prawdziwe życie. Reszta nie jest aż tak ważna, to znaczy jest, ale to dłuższa historia, na którą teraz nie mam czasu. Mogę wam powiedzieć to, czego i tak się domyślacie - mama nie przyszła. Teraz posłuchajcie, dlaczego w ogóle tu jestem. Wsiądźmy z powrotem do machiny czasu i ustawmy datę na 19 maja 2300r., czyli 8 miesięcy i 13 dni wstecz, to jest 258 dni.
Powiem na samym początku, żeby was nie rozczarować, opis tego może nie zaspokoić waszej ciekawości. ponieważ po 1. niektórych rzeczy nie da się opisać, po 2. jak byście tam byli, też byście nie pamiętali większości spraw. To był ciepły wieczór, więc założyłem krótkie spodenki z hawajskim motywem, czarną bokserkę i japonki. Wychodziłem wtedy na imprezę urodzinową kolegi. Była tam masa ludzi i, nie będę kłamać, hektolitry alkoholu. Nie należę do osób, które piją dużo, stwarzałem tylko pozory. Dostawałem kubek z piwem i miałem go przez cały wieczór, a im bardziej inni się bawili, tym bardziej ja też się bawiłem i nikt nie zwracał uwagi na to, ile wypiłem. Po paru godzinach zabawy upał ustąpił miejsca chłodowi. Wszyscy się schowali do domu, a ja chciałem uciec do swojej klitki pod schodami. Słyszeliśmy, jak morze zaczyna wariować nanosząc góry piasku na plażę. Aż w pewnym momencie wszystko ucichło, a my byliśmy przyklejeni do okna i patrzyliśmy, co się stanie. Nagle na niebie pojawił się wielki błysk, oślepiający, jakby Słońce wybuchło, a potem przysypał nas ogrom piasku.
Podsumowując, to było okropne. Ale mam wam do wyjaśnienia jeszcze jedną, ostatnią rzecz. Skoro nie było mnie pod schodami, to jak się tu znalazłem? Oni mnie tu wsadzili, ci którzy przyszli na moje piąte urodziny, ci sami, którzy zabrali moją mamę. Nie wiem, czy ktoś oprócz nich to przeżył. Mam wrażenie, że to było zaplanowane. Jestem eksperymentem. Patrzą, co mogło się we mnie zmienić po Świetle, każą mi opisywać każdy dzień, to jak się czuję po lekach i jedzeniu, które mi wrzucają do pokoju, kiedy śpię. Mam tu wbudowane kamery. Wariuję. Nie mogą się dowiedzieć, że to zostało zapisane i że tyle pamiętam. Mam nadzieję, że nie jestem sam. Mam nadzieję, że ta historia pomoże tym, co przyjdą po mnie.
Lorem ipsum elit
poniedziałek, 1 lutego 2016
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Prezes Drogi Mlecznej
Gdy już będzie ciemno, podnieś głowę i otwórz oczy, nie krępuj się. Dokładnie tak, szeroko, przypatruj się, bo gdzieś wysoko nad tobą na tronie siedzi prezes. Może uda ci się go zobaczyć, ale jeśli nie, to przynajmniej posłuchaj opowieści, którą dla ciebie przygotowałem. Pomyślałem, że najlepiej będzie, jeśli zacznę od siebie. Jestem skrybą na Gwiezdnym Dworze. Teraz pewnie sobie myślisz: "Wielkie mi co, przecież takich dworów jest wiele." Owszem, masz rację, ale jest to dwór największy z wszystkich innych, jest to dwór dworów, jest to dwór Drogi Mlecznej, więc już się nie martw - wiem, co mówię. Zanim zacznę główną opowieść, mam do ciebie pierwsze i ostatnie pytanie. Już wiesz, gdzie patrzeć?
Tu na niebie żyjemy inaczej niż wy, ludzie - dłużej. Nasz wiek liczy się w latach świetlnych.
Jestem skrybą od wielu lat, zapisywałem dzieje wielu prezesów, ale historia tego jednego zapadła mi w pamięci najbardziej. Pozwól, że przybliżę ci czas opowieści, bardzo dawno temu. Tak dawno, że historia tyczy się jednego z pierwszych Tronistów. Ludzie mówią "Jestem człowiekiem, mam prawo popełniać błędy", musisz wiedzieć, że nie jesteście jedyni. ta historia powinna nosić tytuł "Siedzę na tronie, mam prawo popełniać błędy."
Gdy prezes zasiadł na tronie, był bardzo młody. Jego ojciec zmarł przedwcześnie, nie zdążył dożyć dorosłości syna. Dlatego ten, jako młodzian, objął władzę nad Drogą Mleczną. Był niebywały. Lśnił przy każdym ruchu, żaden wysiłek nie zabierał mu blasku. Przez co przed pałacem zawsze znajdowały się roje gwiazd dworu zabiegając o względy władcy. Każda miała nadzieję, że to może ona zostanie prezesową. Niestety na darmo, zwierzchnik nie wszedł w wiek, w którym interesowałby się Gwiazdami. Choć był rozważnym Panem i Rada Starszych liczyła się z nim i szanowała go, to chciał się jeszcze bawić i posmakować życia, zanim zostanie nie tylko głową państwa, ale i głową domu.
Przez wiele lat Droga Mleczna z młodym prezesem budowała swe światło. Z roku na roku stawała się większa, jaśniejsza i mocniejsza w sile, ale władca nadal korzystał z życia. Ostatnio najczęściej na poszukiwaniach. Krótko ci teraz wyjaśnię, na czym polegają nasze poszukiwania. Grupa Gwiazdów wypływa na najdalsze kresy świata z piką i polują na wygasłe gwiazdy, czyli czarne głazy trudno dostrzegalne w ciemnościach. Poszukiwania, bo na kresach jest ciemno, a wygasłych trudno jest dostrzec w czerni, zaś pika potrzebna jest, aby zaznaczyć położenie wygasłej, aby łatwej było do niej dojść. Często jest tak, że rzuca się piką, a ona akurat ląduje w jednej z wygasłych. Któregoś razu właśnie tak się stało młodemu troniście. Użył broni, a ta poleciała tak daleko, że nie było widać ani gdy wylądowała, ani w czym. Prezes poleciał za nią, gdy nikt nie widział i żaden z uczestników poszukiwań na początku nie zauważył, że władca zniknął. Zwrócili na to uwagę, gdy przyszedł czas powrotu. Dopiero wtedy nastąpiły wasze, ludzkie poszukiwania. Uważasz, że poszukiwania zaginionego człowieka są trudne? To pomyśl, jak trudne musi być poszukiwanie Gwiazdy na rozgwieżdżonym niebie.
Na dworze zapanowała rozpacz. Straciliśmy prezesa i w dodatku nie mamy następcy. Droga Mleczna zaczęła nie tyle gasnąć, co mieszkańcy w żalu zaczęli przykrywać swoje lśnienie, jak ludzie czernią podczas żałoby. Pójście za zaginionym celem było bolesnym błędeml. Wiele za to musieliśmy zapłacić. Nasze nadzieje wisiały na włosku, aż pewnego dnia u bram Gwiezdnego Dworu zawitał ktoś znajomy. Nikt go nie poznał, przyznam ci się, że nawet ja, choć jego rodzinę znam od początku istnienia dynastii Tronistów. Prezes powrócił, ale inny. Przeszedł przez wiek wstępny, dojrzał i wstąpił w wiek mądrości. Najlepszy czas na sprawowanie władzy.
Wszystko się zmieniło, prezes zrozumiał każdy popełniony przez siebie czyn. Został oświecony sensem pomyłek swojego życia. Stał się prawdziwą głową Drogi, a niedługo potem znalazł swoją Gwiazdę życia.
Proszę patrz dalej, patrz w górę. Nie bój się potknięć, bo za każdym błędem kryje się światło mądrości. Nie zamykaj oczu. Nie opuszczaj głowy. Jesteśmy tam, nad tobą i patrzymy na ciebie zawszy, gdy ty patrzysz na nas. Nie martw się, wiem, co mówię.
Tu na niebie żyjemy inaczej niż wy, ludzie - dłużej. Nasz wiek liczy się w latach świetlnych.
Jestem skrybą od wielu lat, zapisywałem dzieje wielu prezesów, ale historia tego jednego zapadła mi w pamięci najbardziej. Pozwól, że przybliżę ci czas opowieści, bardzo dawno temu. Tak dawno, że historia tyczy się jednego z pierwszych Tronistów. Ludzie mówią "Jestem człowiekiem, mam prawo popełniać błędy", musisz wiedzieć, że nie jesteście jedyni. ta historia powinna nosić tytuł "Siedzę na tronie, mam prawo popełniać błędy."
Gdy prezes zasiadł na tronie, był bardzo młody. Jego ojciec zmarł przedwcześnie, nie zdążył dożyć dorosłości syna. Dlatego ten, jako młodzian, objął władzę nad Drogą Mleczną. Był niebywały. Lśnił przy każdym ruchu, żaden wysiłek nie zabierał mu blasku. Przez co przed pałacem zawsze znajdowały się roje gwiazd dworu zabiegając o względy władcy. Każda miała nadzieję, że to może ona zostanie prezesową. Niestety na darmo, zwierzchnik nie wszedł w wiek, w którym interesowałby się Gwiazdami. Choć był rozważnym Panem i Rada Starszych liczyła się z nim i szanowała go, to chciał się jeszcze bawić i posmakować życia, zanim zostanie nie tylko głową państwa, ale i głową domu.
Przez wiele lat Droga Mleczna z młodym prezesem budowała swe światło. Z roku na roku stawała się większa, jaśniejsza i mocniejsza w sile, ale władca nadal korzystał z życia. Ostatnio najczęściej na poszukiwaniach. Krótko ci teraz wyjaśnię, na czym polegają nasze poszukiwania. Grupa Gwiazdów wypływa na najdalsze kresy świata z piką i polują na wygasłe gwiazdy, czyli czarne głazy trudno dostrzegalne w ciemnościach. Poszukiwania, bo na kresach jest ciemno, a wygasłych trudno jest dostrzec w czerni, zaś pika potrzebna jest, aby zaznaczyć położenie wygasłej, aby łatwej było do niej dojść. Często jest tak, że rzuca się piką, a ona akurat ląduje w jednej z wygasłych. Któregoś razu właśnie tak się stało młodemu troniście. Użył broni, a ta poleciała tak daleko, że nie było widać ani gdy wylądowała, ani w czym. Prezes poleciał za nią, gdy nikt nie widział i żaden z uczestników poszukiwań na początku nie zauważył, że władca zniknął. Zwrócili na to uwagę, gdy przyszedł czas powrotu. Dopiero wtedy nastąpiły wasze, ludzkie poszukiwania. Uważasz, że poszukiwania zaginionego człowieka są trudne? To pomyśl, jak trudne musi być poszukiwanie Gwiazdy na rozgwieżdżonym niebie.
Na dworze zapanowała rozpacz. Straciliśmy prezesa i w dodatku nie mamy następcy. Droga Mleczna zaczęła nie tyle gasnąć, co mieszkańcy w żalu zaczęli przykrywać swoje lśnienie, jak ludzie czernią podczas żałoby. Pójście za zaginionym celem było bolesnym błędeml. Wiele za to musieliśmy zapłacić. Nasze nadzieje wisiały na włosku, aż pewnego dnia u bram Gwiezdnego Dworu zawitał ktoś znajomy. Nikt go nie poznał, przyznam ci się, że nawet ja, choć jego rodzinę znam od początku istnienia dynastii Tronistów. Prezes powrócił, ale inny. Przeszedł przez wiek wstępny, dojrzał i wstąpił w wiek mądrości. Najlepszy czas na sprawowanie władzy.
Wszystko się zmieniło, prezes zrozumiał każdy popełniony przez siebie czyn. Został oświecony sensem pomyłek swojego życia. Stał się prawdziwą głową Drogi, a niedługo potem znalazł swoją Gwiazdę życia.
Proszę patrz dalej, patrz w górę. Nie bój się potknięć, bo za każdym błędem kryje się światło mądrości. Nie zamykaj oczu. Nie opuszczaj głowy. Jesteśmy tam, nad tobą i patrzymy na ciebie zawszy, gdy ty patrzysz na nas. Nie martw się, wiem, co mówię.
poniedziałek, 7 grudnia 2015
Nieznajomy
Witaj, Nieznajomy.
Przybyszu z odległych krain, przybyszu z przyszłości, przybyszu z nadziei. Jeśli trzymasz ten skrawek papieru, proszę, nie wyrzucaj go. Napisałem to dla ciebie. Nie będę tutaj wypisywał swoich grzechów ani nie będę też usprawiedliwiać swoich czynów. Chcę tylko, żebyś mnie poznał, bo jestem pewien, że Ci ludzie zrobili wszystko, aby wiadomości o moim życiu zostały zniszczone. Żebyś zobaczył, że nigdy nic nie jest stracone.
Może zacznę od początku. Wszystko dzieje się dawno temu, w tak odległych i tajemniczych czasach, że mało kto o nas będzie mówił. Ludzie dzielili się na kilka grup. Byłem w najbiedniejszej z nich. Żyłem z dnia na dzień, myśląc, czy uda mi się zjeść kolację, czy uda mi się zebrać tyle pieniędzy, aby dać jedzenie mojemu rodzeństwu. Zawsze czułem, że nie pasuję do miejsca, w którym zostałem wychowany. Mimo, że otaczali mnie rodzina i przyjaciele, czułem się nieswojo. Często czułem pulsowanie energii, której wtedy nie znałem.
Pewnego dnia nie udawało mi się zebrać pieniędzy. Byłem zły, że wrócę do domu z niczym i zawiodę rodzinę. Robiło się coraz ciemniej, a ludzi coraz mniej na ulicach. Nagle obok mnie przeszedł człowiek z najsilniejszej grupy. Nie myśląc za wiele, zwinąłem się i poszedłem za nim. Gdy go dogoniłem, zobaczyłem, że była to kobieta. Bezbronna, nie myślała, że może ktoś ją okraść, ale spotkała mnie. Wyciągnąłem dłoń, aby móc zabrać coś z jej torebki. Jedna przypadkowa rzecz, byłaby w stanie utrzymać najbliższych przez miesiąc, a dla nich to była codzienność. Już prawie coś trzymałem, ale usłyszałem krzyk. Zdezorientował mnie. Był to strażnik, celujący we mnie. Wszędzie była masa strażników, nie widziałem ich wcześniej. W tamtej chwili moje życie się zmieniło. Strach mnie zamurował, nie pamiętam za wiele z tamtego zdarzenia, jedynie tyle, że kobieta prosiła, aby nie robić mi krzywdy. Potem pod eskortą zostałem odprowadzony do domu. Spisali mnie. To oznacza koniec.
Nie musiałem długo czekać od list prosto z królestwa. Była w nim informacja, że dziś po południu mnie stąd zabiorą. Nie wiedziałem, co czuć. Przez moje ciało zaczęła przechodzić znana energia. Gdy się obejrzałem, w moim domu stał naborowiec, rosły mężczyzna w srebrnym, pokazowym mundurze, trzymający mnie za nadgarstki i odciągający mnie od matki. W powozie bezskutecznie starałem się uzyskać odpowiedzi na proste pytania. "Co się ze mną stanie, czy umrę?". Gdy nareszcie dojechaliśmy na miejsce, zaprowadzono mnie do wielkiej marmurowej sali. Zamknięto drzwi. Zostałem sam. Nie wiedziałem co się dzieję, chciałem krzyczeć, ale nie miałem na co ani do czego. Energia zwiększyła się, buzowała we mnie złość. Pod moimi stopami zaczęła trząść się ziemia, a marmurowa posadzka popękała. Uspokoiłem się, a cała energia ze mnie spłynęła. Nic nie pulsowało i w tej chwili weszła królewska para. Stanęli oszołomieni, widząc to, co stało się z ich salą bankietową. Król uśmiechnął się i powiedział tylko dwa słowa "Miała rację".
Streszczę ci teraz to, co działo się od tamtej chwili do momentu, w którym piszę ten list. Mam nadzieję, że już nie masz dosyć. Okazało się, że ludzie w wyższych sfer posiadają moce, dlatego mają różne przywieje. Tylko ja byłem inny. Uczono mnie panować nad energią - energią Ziemi. Wszystkie drgania pochodziły od niej. Dawała mi znać o sobie, że potrzebuje pomocy. Król wykorzystywał mnie do swoich propagandowych celów, które niszczyły świat. Pulsowanie, choć umiałem je opanować, dawała o sobie znać jeszcze bardziej niż kiedyś.
Uciekłem. Straże mnie szukają. Król zniszczył wszystkie informacje o mnie. Rodzina nie ma pojęcia, czy żyję, czy nie. Choć, gdy to czytasz, na pewno leżę głęboko pod ziemią. Nic nie jest stracone. Nigdy. Ziemia na nas się nie odgrywa, za nasze krzywdy, teraz to wiem. Ona prosi nas o pomoc. Jeśli udało ci się znaleźć mój list, znaczy to, że też nie pasujesz, może czujesz się tak jak ja. Jak niepasujący kawałek układanki, przełożony z jednego do drugiego pudełka. Nie bój się próbować, to może zmienić twoje życie.
Przybyszu z odległych krain, przybyszu z przyszłości, przybyszu z nadziei. Jeśli trzymasz ten skrawek papieru, proszę, nie wyrzucaj go. Napisałem to dla ciebie. Nie będę tutaj wypisywał swoich grzechów ani nie będę też usprawiedliwiać swoich czynów. Chcę tylko, żebyś mnie poznał, bo jestem pewien, że Ci ludzie zrobili wszystko, aby wiadomości o moim życiu zostały zniszczone. Żebyś zobaczył, że nigdy nic nie jest stracone.
Może zacznę od początku. Wszystko dzieje się dawno temu, w tak odległych i tajemniczych czasach, że mało kto o nas będzie mówił. Ludzie dzielili się na kilka grup. Byłem w najbiedniejszej z nich. Żyłem z dnia na dzień, myśląc, czy uda mi się zjeść kolację, czy uda mi się zebrać tyle pieniędzy, aby dać jedzenie mojemu rodzeństwu. Zawsze czułem, że nie pasuję do miejsca, w którym zostałem wychowany. Mimo, że otaczali mnie rodzina i przyjaciele, czułem się nieswojo. Często czułem pulsowanie energii, której wtedy nie znałem.
Pewnego dnia nie udawało mi się zebrać pieniędzy. Byłem zły, że wrócę do domu z niczym i zawiodę rodzinę. Robiło się coraz ciemniej, a ludzi coraz mniej na ulicach. Nagle obok mnie przeszedł człowiek z najsilniejszej grupy. Nie myśląc za wiele, zwinąłem się i poszedłem za nim. Gdy go dogoniłem, zobaczyłem, że była to kobieta. Bezbronna, nie myślała, że może ktoś ją okraść, ale spotkała mnie. Wyciągnąłem dłoń, aby móc zabrać coś z jej torebki. Jedna przypadkowa rzecz, byłaby w stanie utrzymać najbliższych przez miesiąc, a dla nich to była codzienność. Już prawie coś trzymałem, ale usłyszałem krzyk. Zdezorientował mnie. Był to strażnik, celujący we mnie. Wszędzie była masa strażników, nie widziałem ich wcześniej. W tamtej chwili moje życie się zmieniło. Strach mnie zamurował, nie pamiętam za wiele z tamtego zdarzenia, jedynie tyle, że kobieta prosiła, aby nie robić mi krzywdy. Potem pod eskortą zostałem odprowadzony do domu. Spisali mnie. To oznacza koniec.
Nie musiałem długo czekać od list prosto z królestwa. Była w nim informacja, że dziś po południu mnie stąd zabiorą. Nie wiedziałem, co czuć. Przez moje ciało zaczęła przechodzić znana energia. Gdy się obejrzałem, w moim domu stał naborowiec, rosły mężczyzna w srebrnym, pokazowym mundurze, trzymający mnie za nadgarstki i odciągający mnie od matki. W powozie bezskutecznie starałem się uzyskać odpowiedzi na proste pytania. "Co się ze mną stanie, czy umrę?". Gdy nareszcie dojechaliśmy na miejsce, zaprowadzono mnie do wielkiej marmurowej sali. Zamknięto drzwi. Zostałem sam. Nie wiedziałem co się dzieję, chciałem krzyczeć, ale nie miałem na co ani do czego. Energia zwiększyła się, buzowała we mnie złość. Pod moimi stopami zaczęła trząść się ziemia, a marmurowa posadzka popękała. Uspokoiłem się, a cała energia ze mnie spłynęła. Nic nie pulsowało i w tej chwili weszła królewska para. Stanęli oszołomieni, widząc to, co stało się z ich salą bankietową. Król uśmiechnął się i powiedział tylko dwa słowa "Miała rację".
Streszczę ci teraz to, co działo się od tamtej chwili do momentu, w którym piszę ten list. Mam nadzieję, że już nie masz dosyć. Okazało się, że ludzie w wyższych sfer posiadają moce, dlatego mają różne przywieje. Tylko ja byłem inny. Uczono mnie panować nad energią - energią Ziemi. Wszystkie drgania pochodziły od niej. Dawała mi znać o sobie, że potrzebuje pomocy. Król wykorzystywał mnie do swoich propagandowych celów, które niszczyły świat. Pulsowanie, choć umiałem je opanować, dawała o sobie znać jeszcze bardziej niż kiedyś.
Uciekłem. Straże mnie szukają. Król zniszczył wszystkie informacje o mnie. Rodzina nie ma pojęcia, czy żyję, czy nie. Choć, gdy to czytasz, na pewno leżę głęboko pod ziemią. Nic nie jest stracone. Nigdy. Ziemia na nas się nie odgrywa, za nasze krzywdy, teraz to wiem. Ona prosi nas o pomoc. Jeśli udało ci się znaleźć mój list, znaczy to, że też nie pasujesz, może czujesz się tak jak ja. Jak niepasujący kawałek układanki, przełożony z jednego do drugiego pudełka. Nie bój się próbować, to może zmienić twoje życie.
Pigmajleje, 408 rok nowej ery
.
poniedziałek, 26 października 2015
Skute lodem
Było ciepłe, letnie popołudnie. Ciszy okolicy nie zakłócał żaden dźwięk, co było dość nadzwyczajne. Mimo tego spokoju i bezpieczeństwa czułam się tu obco. Kazali mi do siebie mówić mamo, tato, babciu, jedynie ta mała dziewczynka w niebieskiej sukience była dla mnie jak rodzina. Siedziałam w ogrodzie i patrzyłam, co robi. Dziecko skakało po całym zielonym terenie. Nikt niczego się nie spodziewał, a powinien.
W mgnieniu oka wszystko się zmieniło. Ziemia się zatrzęsła i otworzyła pode mną. Usłyszałam krzyk mojej nowej siostry i widziałam, jak próbuje mnie złapać wyciągając za mną rączki, bezskutecznie. Spadałam. Powoli zlatywałam w dół i nikt nie mógł mi pomóc. Korzenie uprzejmie mnie pozdrawiały, gdy je mijałam. Kokardka od mojej sukienki się zahaczyła o jeden z nich, przez co zerwał się kawałek materiału. Zamknęłam oczy, nie chciałam widzieć już więcej. Nie wiem, ile minęło czasu do mojego upadku, ale wiem, że nic mi się nie stało. Wylądowałam na kilku materacach. Leżałam na plecach, ale nie widziałam nieba.
Szłam długim tunelem, w którym nie było żadnego światła, które pomogłoby opanować strach. Nie miałam innego wyboru, musiałam iść. Nie wiem, jak długo mi to zajęło, ale w końcu dotarłam, do drzwi. O dziwo, były otwarte, a za nimi znajdowała się kraina pełna niesamowitych kwiatów pod pokrywą lodową i szklanych stworzeń. Wszystko było delikatne i kruche. Bałam się chodzić i dotykać wszystkiego, co mnie otaczało, ale chyba bardziej bałam się tego, że to tylko sen. Na palcach zagłębiałam się dalej w zimne zakamarki tego świata. Obracałam się, wynajdując coraz więcej zdumiewających zjawisk, których do teraz nie potrafię opisać. Zrobiłam jeszcze jeden obrót, a gdy tylko zawróciłam, zobaczyłam przed sobą uśmiechającego się mężczyznę. Wyciągnął do mnie rękę z pudełkiem pełnym ciastek i zapewnił, że jedyne co mogą mi zrobić, to zasmakować. Miał rację.
Był ubrany w szare spodnie i starą, oblodzoną marynarkę, a pod nią szarą koszulę bez guzików, która kiedyś pewnie była biała. Nosił niebieski szalik i dziurawe, prowizorycznie pozaszywane rękawiczki bez palców, a na stopach miał znoszone buty. Dało się też zauważyć długie skarpetki w błękitno-granatowe paski. Miał delikatne rysy twarzy i białe, długie włosy pod wytartym melonikiem. Wyglądał na dużo starszego ode mnie. Nigdy nie zapomnę naszego pierwszego spotkania. Zdziwiło mnie, że wiedział, kim jestem, ale zaufałam mu. Opowiadał o swoim świecie, kto tu mieszka i co tu się dzieje. Ale najważniejszą informacją były przeprosiny, że w taki sposób mnie do siebie sprowadził:
- Przepraszam, mam nadzieję, że następnym razem nie będziesz musiała się bać. Nie jesteś tu przez przypadek - jesteś tu, bo chciałem cię poznać i powiedzieć, żebyś wiedziała, że to co ci się dzieje, dzieje się nie bez przypadku. Wylądowałaś w nowym domu, bo bliscy chcieli twojego bezpieczeństwa, a nie chce się czegoś ocalić, jeśli się tego nie kocha. Twój pobyt tutaj niestety dobiega już końca, ale mogę ci obiecać, że jeszcze się spotkamy.
Po tych słowach podał mi fiolkę z szafirowym płynem, upewnił mnie, że dzięki temu spokojnie wrócę do domu.
Teraz jest zima. Siedzę w swoim krześle i wparuję się w spadające płatki śniegu. Od tamtego spotkania minęło jakieś siedemdziesiąt lat. W tym czasie spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, a za każdymi moimi odwiedzinami tamten świat topniał sprawiając wrażenie piękniejszego - zmieniał się, jeśli ja się zmieniałam, i wierzę, że spotkamy się jeszcze raz.
poniedziałek, 5 października 2015
Chwila
Wszedłem na peron, z każdej strony otaczał mnie zapach papierosów i dym, pochodzący od kolejki. Było tłoczno, każdy się pchał, żeby na pewno zdążyć na swój pociąg. Dzieci i żołnierze, dwa odmienne światy, ale łączy ich jedno, każdy jest z rodzicami i można zauważyć łzy starające się wydostać z oczu. Oprócz mnie. Stoję sam i zastanawia się gdzie iść. W oddali słyszę gwizd kolejki, mam nadzieję, że to ta, która mnie stąd zabierze w odpowiednie miejsce. Wchodzę do pociągu. W środku jest większy smród papierosów, niż na zewnątrz. Wszyscy, którym udało się już wejść starają się dotrzeć do okna, aby pożegnać się z bliskimi. Mnie już nie ma kto żegnać.
Była noc, cicha i piękna jak nigdy. Gwiazdy wychodziły na niebo jedna za drugą, aż całe sklepienie zaczęło błyszczeć, cudownym srebrnym blaskiem. Razem z siostrą wyszedłem na dach poczuć się, jakby nie było wokół nas zła. Oglądaliśmy gwiazdy, dopóki nie poczuliśmy chłodu. Gdy zimno nie dawało już spokoju weszliśmy do domu. Zaprowadziłem siostrę do łóżka i poczekałem aż zaśnie. Mam pokój na samym dole, cicho zszedłem na dół starając się nie budzić rodziców. Zawinąłem się kocem i w mgnieniu oka zasnąłem. Potem za wiele nie pamiętam. Było głośno, to były bomby, spadały na nasz dom i nikt nas nie ostrzegł. Tylko mnie się udało, wyszedłem spod gruzów jedynie z siniakami i otarciami, ale siostry już nigdy nie widziałem. Jedynie w pałacu Wspomnień w moim umyśle i na zdjęciach, które udało się wygrzebać spod ruin domu.
Teraz jestem tu, udało mi się usiąść przy oknie. Słyszę gwizdek konduktora, sygnalizujący gotowość do odjazdu. Mija kilka chwil i kolejka powoli, z hałasem rusza ze stacji. Patrzę na wszystko co mnie mija, co odpływa w przeszłość, do czego nie będę mógł albo do czego nie będę chciał już wracać. Przede mną siedzi młoda kobieta. Widzę, że niedawno płakała, na policzkach ma rozmazane smugi makijażu. Patrzy na swoje odbicie w oknie, a w dłoni trzyma pogięte zdjęcie. Przyglądam się jej z zaciekawieniem, zastanawiam się dlaczego tu jest, dlaczego jedzie w tą stronę co ja, dlaczego ucieka. Łapie mój wzrok. W jej oczach da się zauważyć wiele sprzecznych emocji. Żal i smutek, a zarazem ulgę i szczęście, to wszystko zakrywa poczucie winy. Uśmiecha się do mnie, zgaduję, że chce podnieść siebie na duchu. Robię to samo. Nie znamy swoich historii, ale jednak mam wrażenie się rozumiemy. Ta ulotna chwila pomaga mi zapomnieć o tym, co się teraz dzieje poza pociągiem.
Rozglądam się po przedziale. Jest w odcieniach brązu, fotele są wyłożone czerwoną, już wytartą skórą, która popękała po wielu latach użytkowania. Nad głowami leżą małe walizki, każdy zabrał to, co najpotrzebniejsze. Głowy współpasażerów są opuszczone. Niektórym łzy delikatnie spływają po policzkach, siedzą też tacy, którzy zamykają oczy i próbują zasnąć, inni patrzą na broń, którą trzymają między nogami. Współczuję im. W normalnym świecie mogliby być moimi kolegami z klasy, moglibyśmy się śmiać i wygłupiać, ale normalny świat minął. Patrzę z powrotem prze okno. Widzę pola i łąki, słyszę monotonny stukot kół. Wszechogarniający spokój i ład. Tego miejsca zło jeszcze nie dosięgnęło. Zastanawiam się, czy tak nie mogło być już zawsze, nie rozumiem dlaczego, to co widać za oknem zostało przerwane, wzbiera we mnie złość, ale nie trwa ona długo. Uspokaja mnie widok. W głowię słyszę tylko słowa: "I wtedy mógłbym rzec: trwaj chwilo, o chwilo, jesteś piękną! Czyny dni moich czas przesilą, u wrót wieczności klękną. W przeczuciu szczęścia, w radosnym zachwycie, stanąłem oto już na życia szczycie".
Była noc, cicha i piękna jak nigdy. Gwiazdy wychodziły na niebo jedna za drugą, aż całe sklepienie zaczęło błyszczeć, cudownym srebrnym blaskiem. Razem z siostrą wyszedłem na dach poczuć się, jakby nie było wokół nas zła. Oglądaliśmy gwiazdy, dopóki nie poczuliśmy chłodu. Gdy zimno nie dawało już spokoju weszliśmy do domu. Zaprowadziłem siostrę do łóżka i poczekałem aż zaśnie. Mam pokój na samym dole, cicho zszedłem na dół starając się nie budzić rodziców. Zawinąłem się kocem i w mgnieniu oka zasnąłem. Potem za wiele nie pamiętam. Było głośno, to były bomby, spadały na nasz dom i nikt nas nie ostrzegł. Tylko mnie się udało, wyszedłem spod gruzów jedynie z siniakami i otarciami, ale siostry już nigdy nie widziałem. Jedynie w pałacu Wspomnień w moim umyśle i na zdjęciach, które udało się wygrzebać spod ruin domu.
Teraz jestem tu, udało mi się usiąść przy oknie. Słyszę gwizdek konduktora, sygnalizujący gotowość do odjazdu. Mija kilka chwil i kolejka powoli, z hałasem rusza ze stacji. Patrzę na wszystko co mnie mija, co odpływa w przeszłość, do czego nie będę mógł albo do czego nie będę chciał już wracać. Przede mną siedzi młoda kobieta. Widzę, że niedawno płakała, na policzkach ma rozmazane smugi makijażu. Patrzy na swoje odbicie w oknie, a w dłoni trzyma pogięte zdjęcie. Przyglądam się jej z zaciekawieniem, zastanawiam się dlaczego tu jest, dlaczego jedzie w tą stronę co ja, dlaczego ucieka. Łapie mój wzrok. W jej oczach da się zauważyć wiele sprzecznych emocji. Żal i smutek, a zarazem ulgę i szczęście, to wszystko zakrywa poczucie winy. Uśmiecha się do mnie, zgaduję, że chce podnieść siebie na duchu. Robię to samo. Nie znamy swoich historii, ale jednak mam wrażenie się rozumiemy. Ta ulotna chwila pomaga mi zapomnieć o tym, co się teraz dzieje poza pociągiem.
Rozglądam się po przedziale. Jest w odcieniach brązu, fotele są wyłożone czerwoną, już wytartą skórą, która popękała po wielu latach użytkowania. Nad głowami leżą małe walizki, każdy zabrał to, co najpotrzebniejsze. Głowy współpasażerów są opuszczone. Niektórym łzy delikatnie spływają po policzkach, siedzą też tacy, którzy zamykają oczy i próbują zasnąć, inni patrzą na broń, którą trzymają między nogami. Współczuję im. W normalnym świecie mogliby być moimi kolegami z klasy, moglibyśmy się śmiać i wygłupiać, ale normalny świat minął. Patrzę z powrotem prze okno. Widzę pola i łąki, słyszę monotonny stukot kół. Wszechogarniający spokój i ład. Tego miejsca zło jeszcze nie dosięgnęło. Zastanawiam się, czy tak nie mogło być już zawsze, nie rozumiem dlaczego, to co widać za oknem zostało przerwane, wzbiera we mnie złość, ale nie trwa ona długo. Uspokaja mnie widok. W głowię słyszę tylko słowa: "I wtedy mógłbym rzec: trwaj chwilo, o chwilo, jesteś piękną! Czyny dni moich czas przesilą, u wrót wieczności klękną. W przeczuciu szczęścia, w radosnym zachwycie, stanąłem oto już na życia szczycie".
wtorek, 9 czerwca 2015
Historia na pożegnanie
Dawno, dawno temu, w miejscu odwróconym od rzeczywistości, gdzie rośliny polują na dzikie zwierzęta, a jedynym naturalnym zjawiskiem było Słońce, choć wyznaczało noc, opowiadało historię na pożegnanie każdego poranka. Swoim głosem budziło do życia każdego lisa schowanego w swojej norze, wszystkie zawilce gajowe rosnące pośród drzew i te stworzenia, które są ukryte daleko od potężnej barwy głosu Słońca.
Każdej nocy świat żył swoim życiem, wszystkie stworzenia były jakby dla siebie, a jednocześnie współistniały z innymi żyjątkami. Dzikie drzewa z gracją poruszały się po planecie, małe kwiatki gdzieś w ukryciu żywiły się złapanymi w pułapkę zwierzętami. Wszystkie ruchy, każdego dnia, w swoich kronikach zapisywał Księżyc. Gdyby go zapytano, ile to już dni obserwuje historię ich życia, zapewne odpowiedziałby, że jest to trzydzieści dwa tysiące sto pięćdziesiąta czwarta strona, o ile się nie pomylił.
Pewnego poranka, gdy Słońce kładło się spać i żegnało się z budzącym się światem opowiadaniem o motylach na dachu, nie wszystkie stworzenia obudziły się, lecz nikt tego nie zauważył. Nie od razu. Dopiero Kronikarz Świata zapisując swoje spostrzeżenia zorientował się, że nie wspomniał nic o ludziach.
Minęło kilka dni i ludzie zaczęli wstawać ze snu razem ze Słońcem i kłaść się razem z nim. Po jakimś czasie nauczyli się od Władcy Nocy mowy, której coraz częściej zaczęli używać między sobą. Mówili cicho, jakby bali się, że ktoś ich przyłapie. Była to dla nich niesamowita moc - słowo, które nadaje sens rzeczom, gdy nazywa się je po imieniu. Ludzie zaczęli czuć się pewniej na planecie, myśleli o tym, co jest teraz, co zmienić, a czego się nauczyć. Słuchali opowiadań Słońca, które mówiło coraz ciszej, jakby to człowiek zabierał mu moc. Ci, którzy pilnowali swojego dorobku za dnia, gdy reszta spała, nauczyli się pisać, zabierając tę umiejętność Księżycowi i przekazując swoim towarzyszom.
Minęło trochę czasu, gdy nad światem zaczęła tworzyć się przezroczysta powłoka o fioletowym połysku. Gdy się zamknęła, otaczając całą planetę, zaczęła wysysać z niej całą energię. Przez nią wszystko się zmieniło, tryb życia wszystkich roślin i zwierząt, Słońca i Księżyca. Warstwa powiększała się z każdym dniem, coraz bardziej napinając się i lśniąc, aż wreszcie pękła. Jej huk ogłuszył wszystko co się ruszało. Fragment osłony zahaczył o księżycowe kroniki rozrywając je na kawałki i rozrzucając po całym niebie.
Dziś Księżyc też pisze, tylko nieco inaczej. Ogarnął go smutek po Wielkim Wybuchu. Wszystkie zapisane przez niego strony rozerwały się na miliony małych kawałeczków. Dziś są nam znane jako gwiazdy, słowa przeszłości i - być może - przyszłości, świecą nad nami każdej nocy, aby ich właściciel mógł je kiedyś pozbierać w całość.
Każdej nocy świat żył swoim życiem, wszystkie stworzenia były jakby dla siebie, a jednocześnie współistniały z innymi żyjątkami. Dzikie drzewa z gracją poruszały się po planecie, małe kwiatki gdzieś w ukryciu żywiły się złapanymi w pułapkę zwierzętami. Wszystkie ruchy, każdego dnia, w swoich kronikach zapisywał Księżyc. Gdyby go zapytano, ile to już dni obserwuje historię ich życia, zapewne odpowiedziałby, że jest to trzydzieści dwa tysiące sto pięćdziesiąta czwarta strona, o ile się nie pomylił.
Pewnego poranka, gdy Słońce kładło się spać i żegnało się z budzącym się światem opowiadaniem o motylach na dachu, nie wszystkie stworzenia obudziły się, lecz nikt tego nie zauważył. Nie od razu. Dopiero Kronikarz Świata zapisując swoje spostrzeżenia zorientował się, że nie wspomniał nic o ludziach.
Minęło kilka dni i ludzie zaczęli wstawać ze snu razem ze Słońcem i kłaść się razem z nim. Po jakimś czasie nauczyli się od Władcy Nocy mowy, której coraz częściej zaczęli używać między sobą. Mówili cicho, jakby bali się, że ktoś ich przyłapie. Była to dla nich niesamowita moc - słowo, które nadaje sens rzeczom, gdy nazywa się je po imieniu. Ludzie zaczęli czuć się pewniej na planecie, myśleli o tym, co jest teraz, co zmienić, a czego się nauczyć. Słuchali opowiadań Słońca, które mówiło coraz ciszej, jakby to człowiek zabierał mu moc. Ci, którzy pilnowali swojego dorobku za dnia, gdy reszta spała, nauczyli się pisać, zabierając tę umiejętność Księżycowi i przekazując swoim towarzyszom.
Minęło trochę czasu, gdy nad światem zaczęła tworzyć się przezroczysta powłoka o fioletowym połysku. Gdy się zamknęła, otaczając całą planetę, zaczęła wysysać z niej całą energię. Przez nią wszystko się zmieniło, tryb życia wszystkich roślin i zwierząt, Słońca i Księżyca. Warstwa powiększała się z każdym dniem, coraz bardziej napinając się i lśniąc, aż wreszcie pękła. Jej huk ogłuszył wszystko co się ruszało. Fragment osłony zahaczył o księżycowe kroniki rozrywając je na kawałki i rozrzucając po całym niebie.
Dziś Księżyc też pisze, tylko nieco inaczej. Ogarnął go smutek po Wielkim Wybuchu. Wszystkie zapisane przez niego strony rozerwały się na miliony małych kawałeczków. Dziś są nam znane jako gwiazdy, słowa przeszłości i - być może - przyszłości, świecą nad nami każdej nocy, aby ich właściciel mógł je kiedyś pozbierać w całość.
wtorek, 5 maja 2015
Jak ptaki
Wszystko zaczęło się w lesie. Śpiew ptaków
otaczał każde drzewo, lecz tylko na jedno z nich wszystkich świergot wpłynął,
aż do korzeni. Drzewo cieszył się z każdej minuty, w której mógł słyszeć
muzykę lasu. Rozkoszował się wszystkimi
chwilami, aż go nie ścieli. Z bólem patrzył i słuchał ostatni raz swoich
przyjaciół. Jechał godzinami, jako jedyny z lasu i słuchał drażniących dźwięków
postaci, która go zabrała od ptaków.
Gdy dotarli na
miejsce, było już ciemno i cicho. Drzewo został zanurzony z wodzie z jakimiś
specjalnymi substancjami, płoszącymi wszystkie robaki, które upodobały sobie go
na dom. Przynajmniej w tym człowiek mu ulżył. Następnego ranka porywacz starał
się osuszyć swoją ofiarę. Gdy drzewo został spreparowany, mężczyzna wziął
ostrza, a drzewo usłyszał metaliczny brzęk narzędzi.
Rzemieślnik odkroił kawałek
pnia, ale klon mimo wszystko czuł, jak człowiek go szlifuje. Mijały dni, a z
kawałka zostawało coraz mniej. Ostatniego dnia października Jawor poczuł
delikatne łaskotanie i coś mokrego. Chwilę potem jakieś nieznane ciało połączono
z nim lepką mazią. Był to Świerk, który tak samo jak Jawor, został porwany od
swojej miłości, którą była muzyka. Drzewa połączone stały się dziełem, jednakże
chwilę po tym pięknym uczuciu zostały spętane sznurkami, sprawiając ból drzewom.
Struny były naciągane. Gdy człowiek przestał, odłożył swoje dzieło i pozwolił
mu odpocząć od męki.
Minęły dwa dni, a po
pozostałości drzewa przyszedł inny mężczyzna. Dotknął wyrobu, wyciągnął długi
pręt i przejechał delikatnie po linach na instrumencie. Drzewa przeszył
dreszcz, kolejny i kolejny. Czas się dla nich zatrzymał, a one poczuły mrowienie.
Muzyka wyciekała z nich jak woda ze źródełka. Symfonie zatapiały całe
pomieszczenie. Jawor i Świerk zapomniały o swojej przeszłości. Wyobraziły sobie
swoją wieczną przyszłość. Są narzędziem piękna, skrzypcami. Czują się jak
ptaki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






