Wszystko zaczęło się w lesie. Śpiew ptaków
otaczał każde drzewo, lecz tylko na jedno z nich wszystkich świergot wpłynął,
aż do korzeni. Drzewo cieszył się z każdej minuty, w której mógł słyszeć
muzykę lasu. Rozkoszował się wszystkimi
chwilami, aż go nie ścieli. Z bólem patrzył i słuchał ostatni raz swoich
przyjaciół. Jechał godzinami, jako jedyny z lasu i słuchał drażniących dźwięków
postaci, która go zabrała od ptaków.
Gdy dotarli na
miejsce, było już ciemno i cicho. Drzewo został zanurzony z wodzie z jakimiś
specjalnymi substancjami, płoszącymi wszystkie robaki, które upodobały sobie go
na dom. Przynajmniej w tym człowiek mu ulżył. Następnego ranka porywacz starał
się osuszyć swoją ofiarę. Gdy drzewo został spreparowany, mężczyzna wziął
ostrza, a drzewo usłyszał metaliczny brzęk narzędzi.
Rzemieślnik odkroił kawałek
pnia, ale klon mimo wszystko czuł, jak człowiek go szlifuje. Mijały dni, a z
kawałka zostawało coraz mniej. Ostatniego dnia października Jawor poczuł
delikatne łaskotanie i coś mokrego. Chwilę potem jakieś nieznane ciało połączono
z nim lepką mazią. Był to Świerk, który tak samo jak Jawor, został porwany od
swojej miłości, którą była muzyka. Drzewa połączone stały się dziełem, jednakże
chwilę po tym pięknym uczuciu zostały spętane sznurkami, sprawiając ból drzewom.
Struny były naciągane. Gdy człowiek przestał, odłożył swoje dzieło i pozwolił
mu odpocząć od męki.
Minęły dwa dni, a po
pozostałości drzewa przyszedł inny mężczyzna. Dotknął wyrobu, wyciągnął długi
pręt i przejechał delikatnie po linach na instrumencie. Drzewa przeszył
dreszcz, kolejny i kolejny. Czas się dla nich zatrzymał, a one poczuły mrowienie.
Muzyka wyciekała z nich jak woda ze źródełka. Symfonie zatapiały całe
pomieszczenie. Jawor i Świerk zapomniały o swojej przeszłości. Wyobraziły sobie
swoją wieczną przyszłość. Są narzędziem piękna, skrzypcami. Czują się jak
ptaki.
