Obudziłam się pewnego raka, nikogo nie było w domu i jak zwykle umyłam się i wyszłam do szkoły. Zaspana ruszyłam przed siebie. Słuchawki wygrywały melodie, które pozwalały mi nie zasnąć, jednakże nie zwracałam uwagi na otaczający mnie świat. Po piętnastu minutach weszłam na szkolny hol. Spojrzałam na otaczających mnie ludzi i na chwilę moje serce stanęło z przerażenia. Wokół uczniów pojawili się przezroczyści ludzie, co dziwniejsze nikt ich nie widział oprócz mnie.
Obejrzałam się za siebie i zauważyłam, że ta postać jest też przy mnie. Przywitał się uśmiechem, ale nic nie powiedział. Po chwili ciszy goszczącej między nami spróbował wszystko wyjaśnić. Jego głos był niebiański, tak samo jak język. Mówił do mnie w obcym dialekcie, a mimo to rozumiałam każde słowo.
"Każdy towarzysz to Stróż, ich skrzydła są odzwierciedleniem ludzkich czynów. Każdym złym gestem brudzą aniele pióra, aż stają się czarne jak smoła, a potem wypadają, sprawiając ból sobie i Stróżowi. Moje są szare, ponieważ każdy popełnia błędy, nawet ty, lecz rozejrzyj się, na podłodze już leży nikomu nie potrzebne upierzenie. Nikt nas nie widzi, poza tobą, więc pamiętaj nie odzywaj się do mnie."
Wszystkie wypowiedziane przez niego słowa zamieniały się w słońca, a wypowiedź ozdabiał uśmiechem. Z wrażenia nie mogłam wykrztusić ani słowa. Nie zdawałam sobie sprawy, z czym to się wszystko łączy. Moim oczom okazywały się wychudzone postacie pokryte brudem z zakrwawionymi plecami. Tylko czasem, częściej poza szkołą, udawało mi się zobaczyć Stróży w białych szatach o szarych skrzydłach. Chodzenie pomiędzy ludźmi sprawiało ból. Najbardziej zawiodłam się, gdy zauważyłam wartowników mojej rodziny. Smętnych z czarnym pióropuszem, jedyny szczęśliwy widok sprawiał mój młodszy brat, który niewinnie bawi się klockami i próbuje stawiać pierwsze kroki, jego strażnik promienieje i ochrania go przed każdym możliwym upadkiem na rozrzucone zabawki.
Kłucie w sercu z dnia na dzień stawało się coraz większe i teraz pojęłam, co muszę zrobić. Gdy zapadła noc, wyciągnęłam spod łóżka wszystkie przybory plastyczne. Wraz z wybiciem przez zegar północy, pod wpływem emocji, zaczęłam kreślić na kartkach znaki i hasła. Obudziłam się razem z wchodem słońca, nie pamiętając nawet kiedy poszłam spać. Rozejrzałam się po pokoju i uznałam, że było czysto, jak nigdy. Poszłam się wykąpać, nie zwracałam uwagi na mijający czas i wyszłam do szkoły.
Na ulicach było pusto, zaczęłam zastanawiać się czy przypadkiem nie ma soboty, ale gdy wstąpiłam w progi szkoły, zadziwiła mnie sytuacja, którą zastałam. Każdy Stróż zwrócił na nie swój wzrok, ukłonili się w podzięce i wrócili do własnych zajęć. Każdy z nich był czysty i nie zmieniło się to przez kilka najbliższych lat.
Pewnego dnia mój Stróż powiedział mi: "Tempora mutantur et nos mutamur in illis", co oznaczało "My zmieniały się wraz z nimi".
wtorek, 25 listopada 2014
wtorek, 4 listopada 2014
Kraina
Za górami, za lasami, wsród niezbadanych wód, w miejscu schowanym za
wierzbami mieszkało zwierzę o którym słuch zaginą w czasie. Był to
pegaz. Jego skrzydła często skręcały się z liśćmi płaczącego drzewa.
Czasem na zamieszkiwaną przez istotę polankę, przylatywali w odzwiedziny
jego starsi braci. Przybywali rzadko, co dla Pontosa było wielkim
szczęsciem, ponieważ miał trudności z nawiązywaniem kontaktów z rodziną.
Często, gdy słyszał ich daleki śmiech wzlatywał ku niebu, a następnie
zanurzał się w morzu drzew, potem w jednym ze srebrzystych jezior.
Pegaz mieszkał w krainie blasku. Liczne jeziora i stawy odbijały od siebie każde możliwe światło. Nocą wydawać by się mogło, że świecą, jak żarówka, jednakże tylko łowiły blask gwiazd. Wokół nich rozrastały się kolosalne wierzby z liśćmi, tańczącymi z powiewami wiatru. Nad tym całym krajobrazem wznosiła się polana, porośnięta puszystą, zieloną trawą, na której przeważnie sypiał uskrzydlony koń.
Każdego ranka Pontos przechadzał się po swojej krainie. Orzeźwiał go chłodny wiatr mieszkający między wierzbami. Pewnego dnia napotkał tajemniczą postać. Nieruchoma, prawie przezroczysta leżała nad brzegiem jeziora. Widział, jak stara się dotknąc wody, dlatego użył swojego skrzydła aby ja tam wrzucić. Tego dnia więcej już jej nie zobaczył. Kolejnego poranka przy tym samym jeziorze istota znów dryfowała ale od razu się schowała. Przestraszony pegaz wzleciał w powietrze. by móc ochłonąć.
Wrócił z podróży pod wieczór na to samo miejsce, z którego wyleciał. Rozejrzał się po całym stawie i tuż przy swoich kopytach ujrzał wodnego intruza. Stwór zaczął się usmiechać i powoli oddalać. Pontos dostrzegł, że Meduza zaczyna budzić fale. Jej ciało powoli nabierało różnych delikanych barw i powoli wyłaniało się z wody. Kręciło się i wzlatywało coraz wyżej i wyżej, aż w końcu pękło i przemieniło się w pył, spadający jedynie na pegaza. Koń poczuł ukłucie, zaczął drżeć, próbował uciec, polecieć, lecz mimo wszystkich starań nie udawało mu sie. Padł wycieńczony na ziemię.
Otworzył oczy, a przed nim stali przerażeni bracia. Wypytywali o to, co sie stało, jednakże nie otzymali żadnej odpowiedzi. Obrażeni odlecieli do swojego domu. Pontos szybko udał się do wodnego lustra, aby zobaczyć, czy nic się nie stało. W swoim odbiciu dostrzegł tylko jedną zmianę. W jego oczach było morze, całe były zalane falami, a mimo to widział doskonale. Wszedł do wody, a jego skrzydła przeobraziły się w płetwy. Płynął dalej niż zawsze, widział teraz wszystko, co się znajduje w wodzie, a przed nim otwierały się nowe drogi. Wszystkie stawy i jeziora łączyły się w jedną podwodną krainę.
Pegaz mieszkał w krainie blasku. Liczne jeziora i stawy odbijały od siebie każde możliwe światło. Nocą wydawać by się mogło, że świecą, jak żarówka, jednakże tylko łowiły blask gwiazd. Wokół nich rozrastały się kolosalne wierzby z liśćmi, tańczącymi z powiewami wiatru. Nad tym całym krajobrazem wznosiła się polana, porośnięta puszystą, zieloną trawą, na której przeważnie sypiał uskrzydlony koń.
Każdego ranka Pontos przechadzał się po swojej krainie. Orzeźwiał go chłodny wiatr mieszkający między wierzbami. Pewnego dnia napotkał tajemniczą postać. Nieruchoma, prawie przezroczysta leżała nad brzegiem jeziora. Widział, jak stara się dotknąc wody, dlatego użył swojego skrzydła aby ja tam wrzucić. Tego dnia więcej już jej nie zobaczył. Kolejnego poranka przy tym samym jeziorze istota znów dryfowała ale od razu się schowała. Przestraszony pegaz wzleciał w powietrze. by móc ochłonąć.
Wrócił z podróży pod wieczór na to samo miejsce, z którego wyleciał. Rozejrzał się po całym stawie i tuż przy swoich kopytach ujrzał wodnego intruza. Stwór zaczął się usmiechać i powoli oddalać. Pontos dostrzegł, że Meduza zaczyna budzić fale. Jej ciało powoli nabierało różnych delikanych barw i powoli wyłaniało się z wody. Kręciło się i wzlatywało coraz wyżej i wyżej, aż w końcu pękło i przemieniło się w pył, spadający jedynie na pegaza. Koń poczuł ukłucie, zaczął drżeć, próbował uciec, polecieć, lecz mimo wszystkich starań nie udawało mu sie. Padł wycieńczony na ziemię.
Otworzył oczy, a przed nim stali przerażeni bracia. Wypytywali o to, co sie stało, jednakże nie otzymali żadnej odpowiedzi. Obrażeni odlecieli do swojego domu. Pontos szybko udał się do wodnego lustra, aby zobaczyć, czy nic się nie stało. W swoim odbiciu dostrzegł tylko jedną zmianę. W jego oczach było morze, całe były zalane falami, a mimo to widział doskonale. Wszedł do wody, a jego skrzydła przeobraziły się w płetwy. Płynął dalej niż zawsze, widział teraz wszystko, co się znajduje w wodzie, a przed nim otwierały się nowe drogi. Wszystkie stawy i jeziora łączyły się w jedną podwodną krainę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

