wtorek, 24 marca 2015

Robal

    Na pewnej planecie oddalonej od Ziemi o kilka tysięcy lat świetlnych mieszkał mały ludek. Robal żył prawie w samym sercu globu. Narodził się razem z planetą i przez ten czas zdążył przejść ją prawie całą pozostawiając za sobą kanaliki, lecz do tej pory nie udało mu się wyjść na powierzchnię. Nigdy nie znalazł drogi albo nigdy nie pozwolono mu jej znaleźć. W centrum świata tyka wielki zegar, którego dźwięk słychać w każdym miejscu świata. Serce wyznacza okresy, kiedy jest bezpiecznie oraz te, kiedy wszystko może się zawalić. Owa planeta kręci się wokół własnej osi, a cały jej środek pracuje. Piasek przelewa się, zasypując wyrobione kanaliki i cała praca Robala idzie na marne. Niestety, nie jest to jedyne zagrożenie. Na planecie żyją jeszcze żuki, które żywią się innymi żyjątkami tylko nie swoimi braćmi. Zdążyły wyjeść wszystkich pobratymców Robala. Dlatego właśnie żyje samotnie, jako jedyny.
     Pewnego razu, gdy stworzonko było na zwiadach, wszystko się zaczęło psuć, ale nie w swoim czasie, czyli wtedy kiedy miało być dobrze. Robal był w pułapce, ziemia i piach przesypały się z miejsca na miejsce. Wszystko ustało, nawet czas. Tykanie zegara umilkło. Swoje łowy rozpoczęły żuki.
     Przerażony Robal wystartował. Ślizgał się po piachu i zręcznie omijał większe kawałki ziemi i kamienie. Z każdą chwilą wyraźniej słyszał żerowanie wroga. Pędził ile tchu, aż nagle coś go zatrzymało. Skorupa, której nie mógł ominąć ani przebić. Głodne żuki były krok od stworzonka. W ostatniej chwili Robal skręcił, a rozpędzone potworki rozbiły swoją masą skorupę.

     W ścianie powstała dziura wielkości pięści. Żuki nie wracały. Robal prześlizgnął się i wykorzystał swoje siły, aby przyssać się do nowego podłoża. Rozglądał się jakiś czas, ale po wrogu nie został ślad. Przepełzł przez powierzchnię, lecz nic ciekawego nie zobaczył, dopóki nie podniósł główki. Nad jego planetą rozciągały się nieskończoności. Narodziny gwiazd i ich końce, galaktyki, drogi mleczne, morze możliwości. Cały ogrom wszechświata, który przez całe życie ukrywał się przed nim nad kopułą. A zegar, jakby wiedział co się wydarzy, przestał działać i nie działa do teraz.

wtorek, 17 marca 2015

Noc nenufarów

   Kilka dni temu na ulicach Amsterdamu zaczęły się pojawiać dziwne znaki. Początkowo trudno zauważalne, ponieważ wszystko rozpoczęło się na niebie. A kto teraz patrzy wyżej, niż na własne kroki? Niektórych zaczęło zastanawiać, czy przypadkiem nic im się nie przewidziało, czy ich oczy nie robią im żadnego psikusa? A dokładniej, to tylko jednej osobie.
   Gdy pewna dziewczyna siedziała na ławce w parku, jako jedyna patrzyła wysoko ponad korony drzew i wsłuchiwała się w śmiech dzieci i śpiew ptaków. W jednej minucie cale niebo pokryło się jakby syropem klonowym. Zaczął padać deszcz. Wszyscy uciekli pod drzewa lub do domów, tylko dziewczyna siedziała dalej na ławce naprzeciwko fontanny. Nie czuła wody. Widziała tylko całe żółte niebo. Zaczęła rozglądać się wokół siebie i zauważyła wśród kwiatów i krzaków wielki ilości motyli i pszczół, które tak jak ona patrzą w górę. Lecz tak szybko, jak wszystko się zaczęło, tak samo wszystko się skończyło. Po paru chwilach błękitnooka wstała i wróciła do domu.
   Następnego dnia wieczorem dziewczyna wróciła do parku. Usiadła w tym samym miejscu, co ostatnio i nie minęło pięć minut, a już zaczęło się coś dziać. Kątem oka zauważyła małego duszka, płomyk. Sekundę potem zniknął, ale pojawił się następny, i następny… W błękitnookiej walczył strach z ciekawością. Jednakże zauroczenie zjawiskiem wygrało. Dziewczyna wstała i poszła za płomykami. Był późny, czerwcowy wieczór, duszki prowadziły Mel głęboko w las. Oświetlały jej drogę, pokazując kwiaty, których nigdy wcześniej nie widziała, zarośnięte bluszczem kory. Dźwięk dzwonków i srebrzysty pył.

   Po paru długich minutach trop z ogników się urwał. Krajobrazy po horyzont pochłonęła noc. Musiała minąć chwila, aby jej wzrok się przyzwyczaił do ciemności. W odległości kilku kroków dało się zauważyć drewnianą chałupkę nad zielonym od nenufarów stawem. Dziewczyna weszła do niej. W środku roiło się od miliona wróżek pnących pajęczyn ze srebrnych nici i zabierających je na nenufary. Nagle cały staw rozbłysnął światłem sieci. Rusałki zaczęły tańczyć wokół wody, rozbrzmiała muzyka. 
   Dziewczyna była jakby niewidoczna. Mogła spokojnie chodzić między wróżkami i rusałkami i obserwować. Dochodziła północ. Księżyc zbliżał się ku środkowi nieba. A spod wody zaczęła wynurzać się wielki kwiat lilii wodnej. Muzyka ucichła. Kwiat się otworzył i wyszła z niej dziewczyna. Wszystko przypominało jakby obraz Narodziny Wenus Botticelliego. Dziewczyna z lilii była podobna do Mel, a raczej była nią. Dziewczyna zasłabła i obudziła się już jako rusałka. Zaczęła śpiewać razem z innymi stare pieśni w obcym języku, tańcząc wokół stawu, a za dnia zamieniając się w motyla i dając życie parkowi i jego kwiatom.