Kilka dni temu na
ulicach Amsterdamu zaczęły się pojawiać dziwne znaki. Początkowo trudno
zauważalne, ponieważ wszystko rozpoczęło się na niebie. A kto teraz patrzy
wyżej, niż na własne kroki? Niektórych zaczęło zastanawiać, czy przypadkiem nic
im się nie przewidziało, czy ich oczy nie robią im żadnego psikusa? A
dokładniej, to tylko jednej osobie.
Gdy pewna dziewczyna
siedziała na ławce w parku, jako jedyna patrzyła wysoko ponad korony drzew i wsłuchiwała
się w śmiech dzieci i śpiew ptaków. W jednej minucie cale niebo pokryło się
jakby syropem klonowym. Zaczął padać deszcz. Wszyscy uciekli pod drzewa lub do
domów, tylko dziewczyna siedziała dalej na ławce naprzeciwko fontanny. Nie czuła
wody. Widziała tylko całe żółte niebo. Zaczęła rozglądać się wokół siebie i
zauważyła wśród kwiatów i krzaków wielki ilości motyli i pszczół, które tak jak
ona patrzą w górę. Lecz tak szybko, jak wszystko się zaczęło, tak samo wszystko
się skończyło. Po paru chwilach błękitnooka wstała i wróciła do domu.
Następnego dnia
wieczorem dziewczyna wróciła do parku. Usiadła w tym samym miejscu,
co ostatnio i nie minęło pięć minut, a już zaczęło się coś dziać. Kątem oka
zauważyła małego duszka, płomyk. Sekundę potem zniknął, ale pojawił się następny,
i następny… W błękitnookiej walczył strach z ciekawością. Jednakże zauroczenie
zjawiskiem wygrało. Dziewczyna wstała i poszła za płomykami. Był późny,
czerwcowy wieczór, duszki prowadziły Mel głęboko w las. Oświetlały jej drogę,
pokazując kwiaty, których nigdy wcześniej nie widziała, zarośnięte bluszczem kory. Dźwięk dzwonków i srebrzysty pył.
Po paru długich
minutach trop z ogników się urwał. Krajobrazy po horyzont pochłonęła noc. Musiała
minąć chwila, aby jej wzrok się przyzwyczaił do ciemności. W odległości kilku
kroków dało się zauważyć drewnianą chałupkę nad zielonym od nenufarów stawem. Dziewczyna weszła do niej. W środku roiło się od miliona wróżek pnących pajęczyn ze srebrnych nici i zabierających je na nenufary. Nagle cały staw rozbłysnął światłem sieci. Rusałki zaczęły tańczyć wokół wody, rozbrzmiała muzyka.
Dziewczyna była jakby niewidoczna. Mogła spokojnie chodzić między wróżkami i rusałkami i obserwować. Dochodziła północ. Księżyc zbliżał się ku środkowi nieba. A spod wody zaczęła wynurzać się wielki kwiat lilii wodnej. Muzyka ucichła. Kwiat się otworzył i wyszła z niej dziewczyna. Wszystko przypominało jakby obraz Narodziny Wenus Botticelliego. Dziewczyna z lilii była podobna do Mel, a raczej była nią. Dziewczyna zasłabła i obudziła się już jako rusałka. Zaczęła śpiewać razem z innymi stare pieśni w obcym języku, tańcząc wokół stawu, a za dnia zamieniając się w motyla i dając życie parkowi i jego kwiatom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz