Gdzieś na nieznanych
wodach, na niezbadanych lądach, na zwykłej wysepce żyła pewna rodzina. Normalna
i szczęśliwa, rodzice i syn. Niestety szczęśliwe i beztroskie dni szybko
minęły. Chłopiec wracając ze szkoły miał poważny wypadek. Od razu został
zawieziony do szpitala. Mijały chwile, godziny i minuty, a operacje trwały.
Matka siedziała zapłakana w poczekalni, a mąż starał się ją pocieszać. Nie
rozmawiali ze sobą, oboje wierzyli w to - albo mieli nadzieję - że ich syn
wyzdrowieje.
Następnego dnia o
wschodzie słońca doktor poinformował rodziców, że chłopiec żyje, ale nie
wiadomo, jak długo. Przebłysk szczęścia szybko minął z twarzy rodziców, ale
mimo wszystko cieszyli się, że ich syn ma jeszcze czas. Kiedy się obudził,
zobaczył dwójkę ludzi. Oboje się uśmiechali, ale mieli zapłakane twarze. Chłopak
nic nie mówił, może bał się albo zapomniał. Po miesiącu wypisali go do domu.
Teraz już nie skakał szczęśliwy po murkach, nie ganiał za ptakami i wciąż nic
nie mówił. Szedł spokojne, powoli stawiając kule, co jakiś czas dotykał płatków
kwiatów. Razem z rodzicami wkroczył do ogrodu. Zobaczył powiędłe kwiaty, stare
liście leżące na trawniku i zajrzał do pokoju. Zszedł dopiero następnego dnia
na obiad, zjadł i wrócił do uschniętych roślin. Rodzice patrzyli na niego przez
okno. Ciągle się martwili, dlaczego ich syn nic nie mówi. Oglądali jego powolne ruchy, gdy zbierał
suche liście. Widać było, że sprawia mu to ból.
Prawie cały wolny
czas spędzał w ogrodzie, pielęgnując swoje kwiaty. Pewnego razu gdy wrócił ze
szkoły do domu, ujrzał w ogrodzie wielką szklarnię. Tamtego dnia powiedział
swoje pierwsze słowo: „Dziękuję” ze łzami w oczach.
Chłopak dorastał i z
każdym rokiem stawał się coraz słabszy i raz za razem uświadamiał sobie, że w
każdej chwili może zasnąć i się nie obudzić. Bał się tego, ale bał się bardzie
o swoje kwiaty. Nie wiedział, co się z nimi stanie, czy będą wyglądały tak, jak
je zobaczył pierwszy raz. Myślał, że dopóki żyły one to i on żył. Były dla
niego wyznacznikiem upływających dni. Którejś nocy zbudował strażnika,
wielkiego i wyniosłego człowieka w drewnianej zbroi i o drewnianym ciele.
Postawił go w szklarni z nadzieją, że gdy go zabraknie, on spełni jego rolę,
chroniąc kwiaty i rodziców.
Pewnego dnia, w
drodze do szkoły, zasłabł. Gdy znów leżał na tym samym łóżku, co kilka lat temu
i tak samo jak wtedy otworzył oczy, przypomniał sobie tamten moment, tamtą
zapłakaną dwójkę szczęśliwców, którzy się obejmowali, teraz ujrzał ulgę na tych
samych twarzach. Przypomniał sobie życie przed wypadkiem, przypomniał sobie
tamtych ludzi i uświadomił sobie, a raczej był już pewny, że to byli jego
rodzice. Przypomniał sobie beztroskie dni, kiedy skakał, cieszył się i próbował
łapać motyle w swoje małe, dziecięce rączki. Otworzył usta, wypowiedział dwa
słowa: „Mama”, „Tata” uśmiechnął się, a potem zasnął. Gdy jego rodzice wrócili
do domu i przeszli przez furtkę, ujrzeli
szklarnię zarośniętą pięknymi kwiatami w różnych kolorach. Zarośniętą
chryzantemami, symbolizującymi wieczność.



