wtorek, 28 października 2014

Pogorzelisko

   Gdzieś w piwnicach pewnego budynku, na ulicy bez nazwy, w mieście ukrytym pod mianami innych wielkich miast, żył skrzat. Zielony stworek z wielkimi oczami koloru dębowej deski. Ubrany był w starą, powycieraną kamizelkę, pod którą była długa, szara koszula. Mieszkał w suterenach wiekowego domu. Żył samotnie i spokojnie, od lat nie wyściubiając nosa poza drzwi. Ciszę przerywał muzyką, która unosiła jego lekką duszę ponad ciało. 
   Pewnego razu w mieszkaniu bez okien rozległ się potężny dźwięk, przeszywający każdy wyblakły mebel. Kiedy skrzat usłyszał wybuch, przygotowywał się właśnie do zrobienia ciasta na Wielki Dzień. Miała go odwiedzić rodzina, jednakże wszystko się przewróciło. W kwaterze zapanował chaos. 
   W tym samym czasie miasto opanowała pożoga. Wszystko się paliło, domy zmieniły się we wzniesienia gruzu, w powietrzu unosił się proch i pył. Cisza, wszędzie panowała cisza. Był rok 2189, nic nie zapowiadało ataku na mieścinkę niedostrzegalną na mapie. 
   Minęło wiele dni, zanim skrzat przestał trząść się ze strachu. Kiedy wstał, poszukał miotły i zaczął zamiatać, sprzątać i likwidować brud królujący w jego piwnicy. Gdy wszystko znalazło się na swoim miejscu i pokoje przywitały się z porządkiem, znalazł jedyną całą płytę i spróbował uruchomić maszynę grającą. Dźwięk zasłaniał się piaskiem, często się zacinał i nie pozwalał uwolnić duszy chochlika. Naglę ziemię obeszły drgania. Skrzat ujrzał, jak kamyczki wpadają do domu przez małą szczelinę. Zaciekawiło go to pęknięcie, złamał swój lęk przed otwartym światem. Otworzył drzwi, przecisnął się przez rumowisk domu, który był nad nim. Jego oczy zaatakowała jasność dnia, ale gdy przyzwyczaił się do światła, zobaczył pogorzelisko. Boso stąpał po cegłach i szkłach, które go raniły. Przesunął stopę jeszcze raz,  poczuł pod nią coś innego niż gruz. Spojrzał w dół i podniósł z zaciekawieniem tę rzecz. Przyjrzał się kartce zapisanej bazgrołami, z jednymi wyraźnymi słowami: "Ave, morituri te salutant."

wtorek, 21 października 2014

Ciepło

   Za górami, za murami, w pewnym lesie pełnym mroku kwitło młode drzewko. Jego pierwsze gałązki smyrał wiatr, dotykały krople deszczu, osiadały płatki śniegu i ogrzewało letnie słońce. Przez wiele lat oglądał ten sam widok innych braci znudzonych i pokłóconych. Każdy z nich w ciągu swojej wieloletniej egzystencji zdążył poznać każdego w lesie i z każdym dał rade się pokłócić o zwykłą błahostkę. Najczęstszym problemem była walka, kto ma ładniejsze szyszki albo liście. Każdy miał swoje zdanie, nawet drzewa tego samego gatunku ciągle się sprzeczały.
   Z biegiem lat młoda osika urosła, aż pewnego dnia obudził ją straszny ból. Otworzyła swoje zamszone oczy i ujrzała ludzi, którzy próbują oddzielić jej tułów od korzeni. Drzewo z przerażenia i dezorientacji zapomniało o krzyku, a kiedy zdołało otworzyć buzię, było już za późno. Ostatnie miny braci, jakie ujrzało, wyrażały żal i zdziwienie, ponieważ od niepamiętnych czasów do lasu nikt nie zaglądał.
   Mimo wielkich boleści nie pozwoliło sobie na uronienie choć jednej łzy żywicy. Jechało dalej, oglądało mijający go świat, miało wrażenie, że wszystko ucieka od niego. Osika poczuła, że wóz zwalnia i wjeżdża na wielką halę, w której na sufitach wisieli nadzy bracia, pozbawieni bujnych zielonych włosów, twardej kory pozbawieni życia. Na myśl o tym przypominała sobie swoje rodzinne miejsce i naburmuszonych towarzyszy. Zaczęło jej być ich żal, a także ogarnął ją smutek na myśl, że oni także mogą zaznać tego okrucieństwa. Na to wspomnienie z jej oczu zaczęła sączyć się żywica.
   Nie minęły godziny, a i ona wisiała zmarznięta na hakach pod sufitem. Szybko przeniesiono ją i włożono do innej maszyny, która przerobiła ją w małe, podłużne patyczki, na które nałożono małe główki, pragnące tego, żeby ktoś je podrapał. Drzewo zostało posegregowane i upchane do kartoników. Ogarnęła go usypiająca ciemność.
   Główka na fragmencie osiki przestała czuć świąd i dała to po sobie poznać drewienku, przekazała jej natomiast ciepło, które pozwoliło jej na niemego krzyku. Płomień przeskoczył na knot świecy, a wraz z nim życie i myśli Drzewa. Płonąc osika słyszała historie opowiadane przez inne świece o ich marzeniach, o historiach za czasów leśnych, o wszystkim co powodowało, że światło płomienia i jego ciepło stawało się większe.

wtorek, 7 października 2014

Smocza usypiajka

   Daleko, daleko stąd, w oddaleniu od ludzkiego wszechświata znajdowała się zielona planeta, cała pokryta drzewami i trawami. Wśród nich skrywała się grota zamieszkiwana przez śpiącego smoka. Gadzina tkwiła jakby w uroku. Nie budziła się od wielu lat, trwała w bezruchu tak długo, że zaczęła obrastać mchem. Niekiedy dało się usłyszeć głębszy oddech, który był jedyną oznaką żywotności bestii. 
   Pewnej nocy na leśną planetę spadł z przestworzy meteoryt. Uderzając w powierzchnię zielonego globu wywołał donośny łomot  i obudził smoka. Przerażona gadzina weszła głębiej do jaskini. Minęły godziny zanim się uspokoiła i wyszła na świeże powietrze. Gdy wychyliła głowę, ujrzała puszczański świat, w którym ku niebu wznosiły się drewniane pale obrośnięte zielonymi igłami bądź zielonymi płatkami. Obraz nad nimi został oblany błękitem i oświetlony złotą kulą. Szemrząc uspokajające pieśni rośliny te czasem tańczyły poruszane przez Pana Wiatra.
   Za każdym ruchem smoka odklejały się od niego płaty mchu, pozwalało mu to na większą swobodę. Mógł szybciej się przemieszać i więcej podziwiać. Z chwilą nastania nocy, zalania mrokiem planety i blaskiem bladych ciałek, smok zapragnął ujrzeć więcej wspaniałości. Wraz z pobudką słońca obudziły się jego skrzydła. Wprawione w ruch poniosły go w niezbadany cud. Jego oczom ukazały się najrozmaitsze planety. Jedna z nich była cała oblana wodą, inną natomiast obrastały same kwiaty tworząc obłok słodkiej woni. Latał wśród chmur ciesząc się z wiatru, który otulał jego łuski. Smok marzył i myślał, co jeszcze się skrywa wśród przestworzy. 
   Opadając na swoją planetę i uspokajając skrzydła przespacerował się po niej, aż do własnej jaskini. Podczas krótkiej wędrówki wspominał miniony dzień i porównywał do znanej przestrzeni. W chwili wejścia do groty i położenia się odetchnął z ulgą, że jest już u siebie, jednakże łaknął nowych przeżyć. Był ciekawy tego, co czeka go następnym razem. Jego rozmyślenia zostawały powoli kradzione przez śpiew Drzew, którymi sterował Pan Wiatr. Za każdym razem mistrz podmuchu tworzył nowe melodie i choreografie dla leśnych dam. Tej nocy były to usypiajki prowadzące smoka w świat snów. Następnego dnia firmament nie spotkał się ze gadem. Ten znów zasnął i ponownie zaczął obrastać zieleniną, lecz tym razem był to miękki bluszcz. Dawał on smoczkowi ciepło i więcej snów.