Pewnego razu w mieszkaniu bez okien rozległ się potężny dźwięk, przeszywający każdy wyblakły mebel. Kiedy skrzat usłyszał wybuch, przygotowywał się właśnie do zrobienia ciasta na Wielki Dzień. Miała go odwiedzić rodzina, jednakże wszystko się przewróciło. W kwaterze zapanował chaos.
W tym samym czasie miasto opanowała pożoga. Wszystko się paliło, domy zmieniły się we wzniesienia gruzu, w powietrzu unosił się proch i pył. Cisza, wszędzie panowała cisza. Był rok 2189, nic nie zapowiadało ataku na mieścinkę niedostrzegalną na mapie.
Minęło wiele dni, zanim skrzat przestał trząść się ze strachu. Kiedy wstał, poszukał miotły i zaczął zamiatać, sprzątać i likwidować brud królujący w jego piwnicy. Gdy wszystko znalazło się na swoim miejscu i pokoje przywitały się z porządkiem, znalazł jedyną całą płytę i spróbował uruchomić maszynę grającą. Dźwięk zasłaniał się piaskiem, często się zacinał i nie pozwalał uwolnić duszy chochlika. Naglę ziemię obeszły drgania. Skrzat ujrzał, jak kamyczki wpadają do domu przez małą szczelinę. Zaciekawiło go to pęknięcie, złamał swój lęk przed otwartym światem. Otworzył drzwi, przecisnął się przez rumowisk domu, który był nad nim. Jego oczy zaatakowała jasność dnia, ale gdy przyzwyczaił się do światła, zobaczył pogorzelisko. Boso stąpał po cegłach i szkłach, które go raniły. Przesunął stopę jeszcze raz, poczuł pod nią coś innego niż gruz. Spojrzał w dół i podniósł z zaciekawieniem tę rzecz. Przyjrzał się kartce zapisanej bazgrołami, z jednymi wyraźnymi słowami: "Ave, morituri te salutant."

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz