Dawno, dawno temu, w miejscu odwróconym od rzeczywistości, gdzie rośliny polują na dzikie zwierzęta, a jedynym naturalnym zjawiskiem było Słońce, choć wyznaczało noc, opowiadało historię na pożegnanie każdego poranka. Swoim głosem budziło do życia każdego lisa schowanego w swojej norze, wszystkie zawilce gajowe rosnące pośród drzew i te stworzenia, które są ukryte daleko od potężnej barwy głosu Słońca.
Każdej nocy świat żył swoim życiem, wszystkie stworzenia były jakby dla siebie, a jednocześnie współistniały z innymi żyjątkami. Dzikie drzewa z gracją poruszały się po planecie, małe kwiatki gdzieś w ukryciu żywiły się złapanymi w pułapkę zwierzętami. Wszystkie ruchy, każdego dnia, w swoich kronikach zapisywał Księżyc. Gdyby go zapytano, ile to już dni obserwuje historię ich życia, zapewne odpowiedziałby, że jest to trzydzieści dwa tysiące sto pięćdziesiąta czwarta strona, o ile się nie pomylił.
Pewnego poranka, gdy Słońce kładło się spać i żegnało się z budzącym się światem opowiadaniem o motylach na dachu, nie wszystkie stworzenia obudziły się, lecz nikt tego nie zauważył. Nie od razu. Dopiero Kronikarz Świata zapisując swoje spostrzeżenia zorientował się, że nie wspomniał nic o ludziach.
Minęło kilka dni i ludzie zaczęli wstawać ze snu razem ze Słońcem i kłaść się razem z nim. Po jakimś czasie nauczyli się od Władcy Nocy mowy, której coraz częściej zaczęli używać między sobą. Mówili cicho, jakby bali się, że ktoś ich przyłapie. Była to dla nich niesamowita moc - słowo, które nadaje sens rzeczom, gdy nazywa się je po imieniu. Ludzie zaczęli czuć się pewniej na planecie, myśleli o tym, co jest teraz, co zmienić, a czego się nauczyć. Słuchali opowiadań Słońca, które mówiło coraz ciszej, jakby to człowiek zabierał mu moc. Ci, którzy pilnowali swojego dorobku za dnia, gdy reszta spała, nauczyli się pisać, zabierając tę umiejętność Księżycowi i przekazując swoim towarzyszom.
Minęło trochę czasu, gdy nad światem zaczęła tworzyć się przezroczysta powłoka o fioletowym połysku. Gdy się zamknęła, otaczając całą planetę, zaczęła wysysać z niej całą energię. Przez nią wszystko się zmieniło, tryb życia wszystkich roślin i zwierząt, Słońca i Księżyca. Warstwa powiększała się z każdym dniem, coraz bardziej napinając się i lśniąc, aż wreszcie pękła. Jej huk ogłuszył wszystko co się ruszało. Fragment osłony zahaczył o księżycowe kroniki rozrywając je na kawałki i rozrzucając po całym niebie.
Dziś Księżyc też pisze, tylko nieco inaczej. Ogarnął go smutek po Wielkim Wybuchu. Wszystkie zapisane przez niego strony rozerwały się na miliony małych kawałeczków. Dziś są nam znane jako gwiazdy, słowa przeszłości i - być może - przyszłości, świecą nad nami każdej nocy, aby ich właściciel mógł je kiedyś pozbierać w całość.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz