wtorek, 30 września 2014

"Chryzantemy"

   Gdzieś na nieznanych wodach, na niezbadanych lądach, na zwykłej wysepce żyła pewna rodzina. Normalna i szczęśliwa, rodzice i syn. Niestety szczęśliwe i beztroskie dni szybko minęły. Chłopiec wracając ze szkoły miał poważny wypadek. Od razu został zawieziony do szpitala. Mijały chwile, godziny i minuty, a operacje trwały. Matka siedziała zapłakana w poczekalni, a mąż starał się ją pocieszać. Nie rozmawiali ze sobą, oboje wierzyli w to - albo mieli nadzieję - że ich syn wyzdrowieje.
   Następnego dnia o wschodzie słońca doktor poinformował rodziców, że chłopiec żyje, ale nie wiadomo, jak długo. Przebłysk szczęścia szybko minął z twarzy rodziców, ale mimo wszystko cieszyli się, że ich syn ma jeszcze czas. Kiedy się obudził, zobaczył dwójkę ludzi. Oboje się uśmiechali, ale mieli zapłakane twarze. Chłopak nic nie mówił, może bał się albo zapomniał. Po miesiącu wypisali go do domu. Teraz już nie skakał szczęśliwy po murkach, nie ganiał za ptakami i wciąż nic nie mówił. Szedł spokojne, powoli stawiając kule, co jakiś czas dotykał płatków kwiatów. Razem z rodzicami wkroczył do ogrodu. Zobaczył powiędłe kwiaty, stare liście leżące na trawniku i zajrzał do pokoju. Zszedł dopiero następnego dnia na obiad, zjadł i wrócił do uschniętych roślin. Rodzice patrzyli na niego przez okno. Ciągle się martwili, dlaczego ich syn nic nie mówi.  Oglądali jego powolne ruchy, gdy zbierał suche liście. Widać było, że sprawia mu to ból.
   Prawie cały wolny czas spędzał w ogrodzie, pielęgnując swoje kwiaty. Pewnego razu gdy wrócił ze szkoły do domu, ujrzał w ogrodzie wielką szklarnię. Tamtego dnia powiedział swoje pierwsze słowo: „Dziękuję” ze łzami w oczach.
   Chłopak dorastał i z każdym rokiem stawał się coraz słabszy i raz za razem uświadamiał sobie, że w każdej chwili może zasnąć i się nie obudzić. Bał się tego, ale bał się bardzie o swoje kwiaty. Nie wiedział, co się z nimi stanie, czy będą wyglądały tak, jak je zobaczył pierwszy raz. Myślał, że dopóki żyły one to i on żył. Były dla niego wyznacznikiem upływających dni. Którejś nocy zbudował strażnika, wielkiego i wyniosłego człowieka w drewnianej zbroi i o drewnianym ciele. Postawił go w szklarni z nadzieją, że gdy go zabraknie, on spełni jego rolę, chroniąc kwiaty i rodziców.
   Pewnego dnia, w drodze do szkoły, zasłabł. Gdy znów leżał na tym samym łóżku, co kilka lat temu i tak samo jak wtedy otworzył oczy, przypomniał sobie tamten moment, tamtą zapłakaną dwójkę szczęśliwców, którzy się obejmowali, teraz ujrzał ulgę na tych samych twarzach. Przypomniał sobie życie przed wypadkiem, przypomniał sobie tamtych ludzi i uświadomił sobie, a raczej był już pewny, że to byli jego rodzice. Przypomniał sobie beztroskie dni, kiedy skakał, cieszył się i próbował łapać motyle w swoje małe, dziecięce rączki. Otworzył usta, wypowiedział dwa słowa: „Mama”, „Tata” uśmiechnął się, a potem zasnął. Gdy jego rodzice wrócili do domu i  przeszli przez furtkę, ujrzeli szklarnię zarośniętą pięknymi kwiatami w różnych kolorach. Zarośniętą chryzantemami, symbolizującymi wieczność.


2 komentarze: